The Route
The Mission
Equipment
Sponsorship
Media
Photographs
Summaries
Web Links
Guest Book
Contact me



Every night I tried to write at least couple of words describing the given day. Written by the tired hand laconic
notes were supposed to be the anchors on which my memories could hold later on.



31.08.2005 Wednesday
1400km by bus from Darwin to Halls Creek

  
Kununarra - last stop before Halls Creek. We left Darwin at 8am were heading south-west all day. Amazing landscapes, burned by the sun and bush fires. Red dirt, dark rocks, yellow grass and fawn-coloured trees. Impressive baobabs with trunks like swallen from the heat. In Darwin air was hot and humid like on the Pacific island. The deeper into Outback, the drier and even hotter. It's going to be a challenge- I wonder if I ever make it. Panniers with food seem to be terribly heavy, although there's not much inside. 48 double rations of freeze-dried meals, two 5-packs of instant noodles, pasta, jar of chocolate cream and peanut butter, Vegemite tube and some isotonic powder. It would be hard to resign from anything and I hope I won't have to. For the last 2 day I was eating stuffed chicken with bread, bought in Darwin. I finished them just before the Quarantine Station on the border with Western Australia. Well, the inspection wasn't too detailed - a smiling lady rushed into the bus with the torch and shouted: "No fruit, no vege, no honey?!" One older guy pointed at his wife- "There's one honey here". Everyone laughed. Another time zone change: 1.5 h backwards. Around 22:45 we should be in Halls Creek.



1.09.2005 Thursday
trp 121 km
avg 16,75 km/h

 stp 7,10h
max 45,5 km/h
We got to Halls Creek before midnight. If not for the Aboriginal kids wandering around, the town was like deserted. I started unpacking the bike and putting stuff together. By 2am my machine was ready and all teh gear stuffed in the panniers. I decided to ride to the post office and wait there until it's open. Around 4am I was woken up by the bus, delivering bags with letters and parcels. Despite crazy hour I was allowed to send my bicycle bag down to Wiluna on poste restante. I registered at the Police station and set out. First 16 km tarmac, then turn left on the gravel Tanami Road. To my surprise the average speed on the unsealed road increased! Around noon I stopped at the Ruby Plains station. I waited to the end of the worst heat, refilled tanks with water and kept going until dusk. By the end of day I was barely alive. I pitched a tent, ate some instant noodles and... couldn't sleep. I was disturbed by constant murmurs, rustles and scraping noises around my tent. Complete darkness but at least the sky looks astonishing. I think I will get better with time.



2.09.2005 Friday
trp 125 km
avg 16,09 km/h

 stp 7,50h
max 27,8 km/h
Not sure what time I got asleep but I got up with the sun around 5am. I ate 2 biscuits and got back on the road. The ride was sweet. Around 8am I got to the track leading towards huge Wolfe Creek crater created by meteorite impact. 23 kilometers one way :-/ Very rough route and strong headwind. Despite leaving two panniers and the trailer behind it takes me 1.45h to get there. Phenomenal view for the whole area and the crater itself also very cool. It was worth the effort! Return trip downwind- much easier. Around noon still on the road. Terrible heat. I'm exhausted. Short stops every 30 minutes. I drink tons of water. Ate 2 spoons of peanut butter. Keep going. Around 2:00 I'm already cooked- too little food, too much sun. Aboriginees met on the way say that it's only 10 more miles to Billiluna. Yeah, right! Finally I can see the radio tower, standing couple of km from the settlement. I'm on my last legs. At the mechanical workshop I drink heaps of water from the tap and get some biscuits from the tiny store. In the shade of 20ft container I cook my dinner (finally! Kids and dogs gather. I have a quick conversation with the French working at the workshop. After one hour of rest I refill all water tanks and set out on a TRACK. Huge corrugations, but I manage to find enough space for the bike to roll. Loose sand with thin harder layer on the top. If you don't break it, everything is fine. Once the bike gets more than 10km/h it floats magnificently and is amazingly stable. Everything is still before me but I already feel great! I finish the ride at dusk, put up a tent, call my family, eat supper, plan the route for tommorow and go to sleep. Crickets are chirping around, bugs drumming on my tent. Any fear is gone. It's gonna be a good night.



3.09.2005 Saturday
trp 75 km
avg 12,36 km/h

 stp 6,02h
max 20,4 km/h
Good day, the route is bearable, although corrugations take their toll on me. I found a nice place to overcome the noon, on a clearing with some trees. Even later on the heat is terrible, forcing me to rest more frequently than I would like On one of such stops I am passed by a 4WD car with an Aboriginal couple. They drive a few dozen of meters, then stop and reverse. I'm going out from the shade. The driver asks, where I'm heading. "Wiluna" I answer. "You need meat!" states the man, opening the back door of his car and cutting a scrap of still warm meat. "Roast it! Good kangaroo!" I thank for the gift, throw the meat into my pannier and keep going almost to the sunset. I will need some time to find firewood and prefer not to walk across tall grass in darkness. I pitch the tent, make a tiny fire and prepare the meat. The wood is dry and ignites from the first spark. The meat, although without salt and spices, is delicious. Above me millions of stars, somewhere on the horizon a faint glow marks another camp. Time to sleep...



4.09.2005 Sunday
trp 48 km
avg 9,75 km/h

 stp 4,55h
max 26,4 km/h
Tought day. Szlak bardzo sypki i z potężnymi koleinami. Nie sposób znaleźć dobrego miejsca do jazdy. Przed południem docieram do niesamowitego jeziora z mnóstwem ptaków, a potem do pierwszej studni (W51). Pompa wiatrowa nie pracuje i główny zbiornik jest pusty, ale w samej studni jest woda. Jadę dalej- szlak fatalny i nie da się szybko. Nie dość, że jadę za długo w południe, to jeszcze wybieram paskudny punkt na przeczekanie- bez wiatru, z odrobiną cienia, za to mnóstwem much i mrówek. Kiedy znowu ruszam na szlak czuję, że wcale nie odpocząłem. Wkrótce dopada mnie kryzys. Zwijam się w maleńkim cieniu własnych sakw i próbuję przeczekać. Wiem już, że daleko dziś nie zajadę. Szlak wiedzie idealnie na zachód- prosto w wiszące tuż nad horyzontem oślepiające słońce. Nic nie widać dalej niż na 2-3 metry. Wlokę się powoli i około 17:30 mam już totalnie dosyć. Na liczniku 48 km, niewiele, ale więcej nie dam rady, zresztą za chwilę zapadnie noc. Rozbijam obóz na fajowej polance, gotuję kolację, robię przegląd roweru po całym dniu walki, a przed snem długo wpatruję się w gwiazdy. To była twarda lekcja, trzeba wyciągnąć wznioski. Zobaczymy jutro.



5.09.2005 Monday
trp 54 km
avg 11,22 km/h

 stp 4,47h
max 22,0 km/h
Zaczyna się bardzo dobrze. Sporo przed południem docieram do studni 49. Duża polana, a na uboczu stalowe klapy chroniące studnię. Napełniam wodą zbiorniki, w wiaderku płuczę ubrania, wilgotną gąbką ściream z siebie warstwę potu i pyłu (pierwsze mycie od wyjazdu z domu). Odpoczywam i w drogę. Około południa postój- słońce grzeje strasznie, ale znalazłem fajny punkt na przeczekanie. Przed 5 docieram w górzyste okolice Breaden Hills. Krajobraz niesamowity. Odczepiam wszystkie sakwy poza workiem, obok stawiam przyczepkę i kierując się wskazaniami GPS na przełaj szukam studni 48. Studni oczywiści nie znajduję (źle skalibrowany GPS), za to gdzieś po drodze gubię aparat fotograficzny! Rozpacz! Próbuję nie wpadać w panikę i powoli cofam się po śladach. Opony jednak prawie nie zostawiają znaków wśród traw. Cały sprzęt jest jakieś 2km za wysokimi trawami i krzewami. Gdzieś wśród nich leży też cyfrówka. Zapada noc. Gubię ślad i nie mogę go odnaleźć. Postanawiam przeczekać do rana tu, gdzie jestem. Wypijam pozostałą w bidonie wodę. Nie ma jedzenia. Udaje się złapać kilka szarańczy. Noc mija niespokojnie, pełna złych snów.



6.09.2005 Tuesday
trp 34 km
avg 11,04 km/h

 stp 3,05h
max 22,8 km/h
Budzę się razem ze słońcem i zaczynam poszukiwania. Dalej nie mogąc znaleźć śladu, ruszam najkrótszą drogą do sakw- trzeba się napić i coś zjeść. Rower okazuje się mieć dwa flaki (!), więc decyduję się zostawić go tam, gdzie jest. Po kilkunastu metrach odwracam się i już go nie widzę! Wracam i oznaczam maszynę długim patykiem z zatknietą na szczycie bluzą. Byłoby nieciekawie zgubić też rower... Docieram do sakw, zjadam lamb fettucinie (pyszne!) a potem wracam dokładnie do "fałszywej studni" i raz jeszcze dokładnie przeczesuję odcinek aż do roweru. Stąd zostaje mi jakieś 1,5 km w linii prostej do sakw. Wśród wysokich traw raz po raz odnajduję i gubię ślad. W końcu wpadam na pomysł sprawdzenia logów GPS. Włączony odbiornik jechał co prawda głęboko w kieszeni, ale jeśli jakimś cudem sygnał był dostatecznie mocny, to powinien pamiętać przebytą wieczorem drogę. Jeśli została zarejestrowana dostatecznie prezcyzyjnie, to moje szanse rosną! Zaczynam poszukiwania i idąc wyznaczoną przez GPS "ścieżką" i przetrząsając każdą kępę traw w promieniu 10m od niej. W końcu... JEST! Leży w piachu między trawami. I działa! Wracam po rower, docieram do "obozu", zjadam kilka herbatników, wyciągam kolce z opon i łatam dętki. Dopiero około 11 jestem gotowy do drogi, ale cieszę się, bo tak naprawdę wyprawa mogłaby zakończyć się tutaj. Odwiedzam studnię 48 (ścieżka do niej była 2km dalej!) i Breaden Pools (suche, ale warte nadłożonej drogi). Corrugations fatalne. Chwilami ledwo jadę. Nie robię przerwy w południe. Około 4:30 kolejna guma! Naprawiam, ruszam dalej. Zapada noc. Zakładam czołówkę i jadę dalej. Jedzie się nieźle, ale oczy bardzo się męczą wypatrując przeszkód na szlaku. Znajduję super polankę. Idę spać. Mało km, ale szczęśliwy finał trudnej sytuacji!



7.09.2005 Wednesday
trp 73 km
avg 12,53 km/h

 stp 5,49h
max 29,8 km/h
Liczby mówią same za siebie. Poranek super. Szlak miejscami kamienisty, bardzo techniczny, ale też sporo kolein i corrugations. Do leżącej obok szlaku studnie 47 (sucha) docieram ma gołym rowerze. Szybciej, ale na wybojach dostaję w kość jak nigdy. Wybijam prawy łokieć, który ostrym bólem będzie wypominał mi tą wycieczkę jeszcze długo. Zaraz za W47 zaczynają się piaszczyste wydmy biegnące w poprzek szlaku. Ze dumieniem stwierdzam, że na większość z nich udaje się jakoś podjechać! Niesamowite! Chcę dojechać do studni 46 (Kuduarra), gdzie na 100% jest woda. Decyduję się jechać mimo południa, byle tam dotrzeć. Ostatnie kilometry dosłownie się wlokę, pedałując resztkami sił w szalonym upale. Studnia okazuje się być wśród dorodnych tea-trees, dających cień, jakiego już dawno nie widziałem. Stalowe wiadro u studni jest tak ciężkie, że do kołowrota potrzeba 2 osób. Rozkładam się w cieniu i zaczynam rozplątywać swój zwój Spectry. W międzyczasie pojawia się oliwkowy Land Rover z 2 śmiesznymi kolesiami. Cienia starczy dla wszystkich. W końcu nabieram przepysznej wody, gotuję obiad, zasłużenie odpoczywam. Jest już niemal 4, kiedy decyduję się jechać dalej. Chłopaki z Land Rovera zostają. Na noc zatrzymuję się w pobliżu okresowych słonych mokradeł- magiczne miejsce z mnóstwem wędrownych ptaków, które hałasują jak opętane do późna.



8.09.2005 Thursday
trp 63 km
avg 11,11 km/h

 stp 5,36h
max 27,4 km/h
Od rana ciężka walka z diunami i corrugations. Rano pod większość wzgórz udaje mi się podjechać, ale potem piasek roni się zbyt sypki i trzeba uderzać   "z buta", co jest piekielnie wyczerpujące. Około południa docieram do Gravity Lakes i zostaję tu ponad 2 godziny. Dużo papug i niesamowite jeziora z płytką, kakaową od gliny wodą. Ruszam dalej. Chcę dotrzeć do studni 44, ale szlak jest ciężki, a mnie dopada kryzys energetyczny. Na noc zatrzymuję się u podnóża wysokiej wydmy. Robię przegląd generalny zawartości sakw: zostało 38 torebek liliofizatów, 4 zupki chińskie, 2/3 masła orzechowego, 1/4 czekolady (niedobrze), cały makaron. Nie jest zatem źle. Rozpalam ognisko, w którym palę zbierane od kilku dni śmieci. Potem idę spać. W nocy kilka razy budzą mnie zwierzęta buszujące wokół namiotu- prawdopodobnie dingo albo dzikie psy.



9.09.2005 Friday
trp 45 km
avg 9,46 km/h

 stp 4,38h
max 35,0 km/h
Studnia 44 okazuje się być zaledwie 20 minut drogi od mojego noclegu. Zgodnie z opisem na mapie- ruina. Szlak zamienia się w piekło. Najpierw 10 km zabójczych corrugations. Mordownia, obiektywy do aparatu rozkręcają się od wibracji na części pierwsze. Potem skręt na południe i zaczyna się pasmo potężnych piaskowych wzgórz. Ile ich było? Nie wiem. Mnóstwo. Ze szczytu wyższych widać było czubki kolejnych ciągnące się po horyzont. Potwornie sypki piach i do tego głębokie corrugations pomiędzy wydmami, pożerające uzyskaną na zjazdach prędkość. Chyba najtrudniejszy na razie odcinek szlaku. Średnia na liczniku w żaden sposób nie odzwierciedla wysiłku niezbędnego do wciągnięcia roweru na kolejna wzgórza. Zjazdy bardzo szybkie i niebezpieczne- w sypkim piachu łatwo stracić kontrolę nad rowerem. Łamię pałąki z fiberglassu podtrzymujące powłokę nośną przyczepki, do tego przebijam jeden zbiornik i tracę sporo wody. Czas na remont generalny. Całkowicie przerabiam konstrukcję, na której trzymają się worki z wodą. Docinam strzaskane pręty, obwiązuję Spectrą i wkrótce wszystko jest gotowe. Na zegarku 2:30. Przedziurawiony wór też naprawiony, ale cała woda przelana została do dobrego. Mimo nierównomiernego obciążenia przyczepka sprawuje się duużo lepiej! Jest stabilniejsza na zjazdach, a worki siedzą trochę wyżej i znacznie pewniej. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Godzinę później dobiega mnie dźwięk wyjącego na wysokich obrotach silnika. Chwilę potem zza szczytu wydmy wyłania się terenowy samochód. "Cześć Kuba!" Polacy! [konwój Polaków z Perth jadący z południa na północ; nawiązaliśmy kontakt kilka dni przed wyprawą i liczyliśmy na spotkanie] Rozmawiamy kilkanaście minut, wymieniamy informacje o dostępności wody, dostaję nowy długopis [stary się ugotował]. Adam pyta, czy nie potrzebuję czegoś więcej. Nie. Potem każdy rusza w swoją drogę- konwój na północ, ja na południe. Spotkanie dodaje mi chyba sił, bo chociaż o 5 na liczniku mam dopiero 35 km, to przed zmrokiem dociskam kolejne 10! Szukając miejsca na nocleg docieram do studni 43. Wspaniale!! W okolicy 2 bagniste jeziorka, a sama studnia to maleńkie oczko z brązową wodą. Po użyciu filtra smakuje świetnie. Jutro rano uzupełnię zbiorniki, bo podobno studnia 41 jest zalana słoną skażoną wodą, a studni 42 nikt nie jest pewny. W sumie ciężki, ale udany dzień!



10.09.2005 Saturday
trp 53 km
avg 9,51 km/h

 stp 5,31h
max 26,5 km/h
Ciężki dzień, od rana lodowaty wicher, przez część trasy prosto w twarz. Tracę wycinek mapy- kolejne 2-3 dni mogą być po omacku. Szlak bardzo sypki, dużo corrugations i wysokie wydmy. Za to prześliczna studnia 42. Zalana wodą, na szczęście mam filtr. Kolejne 2 gumy, ale dojeżdżam do wieczora podpompowując co jakiś czas. Jest 21:17, skończyłem naprawy, połączyłem się z satelitą odbierając SMSy, zjadłem kolację, idę spać we wszystkich ciuchach. Noc zapowiada się bardzo mroźna!




11.09.2005 Sunday
trp 55 km
avg 9,71 km/h

 stp 5,39h
max 29,3 km/h
Noc była lodowata. Śnił mi się targ w Polsce- jabłka, gruszki, gorący chleb. Super sen. Wybudziłem się z niego nagle, myśląc, że juz środek dnia. Była dopiero 5. Słońce ciągle poniżej horyzontu. Założyłem na rower koła (przeszły test szczelności w nocy), spakowałem i wdrogę! Jechało się dobrze. Około 10 miałem już 25 km. Zatrzymałem się na pierwszy posiłek. Pół godziny dalej rozwidlenie dróg. Bez mapy nie jestem pewny, jak jechać. Dzwonię do domu i proszę o przedyktowanie koordynatów GPS z ich kopii mapy. Dzięki wskazówkom docieram do studni 41. Zalana obrzydliwą cuchnącą wodą- wygląda niesamowicie, ale czeka mnie sporo filtrowania. Filtr zapycha się co chwila. Gryzą muchy. Około 2 wszystkie zbiorniki są już pełne. Woda dalej nie za ciekawa w smaku i żółta, ale mam nadzieję, że przynajmniej bezpieczna do picia. Jadę dalej. Około 4:30 spotykam 2 samochody, podobno ostatni konwój na szlaku w tym roku. Wymieniamy informacje, przerysowuję sobie brakujący kawałek mapy i w drogę. Dzień zamykam bez wielkiego zmęczenia. Nie ma sensu za każdym razem zaharowywać się na śmierć. Krajobraz się zmienia- szlak wije się wśród wydm i co chwila na którąś sie wspina. Fajnie się przez to jedzie. Corrugations w normie. Dziś śpię na szczycie piaskowego wzgórza. Powtórnie przefiltrowałem 1 zbiornik wody- teraz smakuje lepiej. Ok. czas spać!




12.09.2005 Monday
trp 55 km
avg 10,46 km/h

 stp 5,12h
max 29,8 km/h
Ciekawy dzień. Rano jechało się dobrze. Dotarłem do zatopionej studni 40 i grobu Tobina. Wkrótce potem wpadłem na wyschnięte (prawie) jezioro, po którego dnie jechało się wspaniale! Po drodze ogromne termitiery. Potem znowu wjeżdżam w piach. Około 10:46 ledwo unikam zderzenia z bandą debili w terenowym 4 WD, którzy jadą zarośniętym szlakiem jak opętani. Nr rejestracyjny EP2570. Hamowanie, które koleś zaczyna w chwili zobaczenia mnie, kończy się dobre 10 metrów za punktem, w którym stałbym, gdybym w porę nie wciągnął roweru na bok. Cała ta przygoda rozwala mnie na maksa i około 11:15 zatrzymuję się na odpoczynek. Jazda po południu bardzo ciężka. Niesamowicie głęboki piach, dużo wydm i corrugations, świeżo pogłębionych za sprawą wspomnianych kretynów. Ok 5:20 wcinam pół porcji wołowiny z ryżem i jadę dalej, po zapadnięciu zmroku z czołówką. Wkoło jakieś stwory wydają "smocze" dźwięki, które zdają się przybliżać się przy każdym postoju. Trochę strasznie, gęsia skórka sama z siebie. Prawdopodobnie to tylko duża goanna na polowaniu, ale wyobraźnia podpowiada inne wersje. Na szczycie wydmy rozbijam namiot. Czas spać. Jutro rano mam nadzieję dotrzeć do dobrej wody. Tak, którą teraz mam w zbiornikach nawet po 2x przefiltrowaniu jest straszna i czuję, że rozstraja mój organizm.




13.09.2005 Tuesday
trp 44 km
avg 10,20 km/h

 stp 4,16h
max 29,7 km/h
Dzień cudów. Rano jechało się ciężko. Chciało mi się pić, a woda w bukłakach odstraszała i słabo gasiła pragnienie. W końcu docieram do zardzewiałego znaku "Water 38 -> 3km" Uda się! Jadę fajową trasą- piach miejscami beznadziejnie sypki, ale coraz więcej kamieni i skał. Jakieś 600m przed celem jazdy (wg licznika) dostrzegam poniżej szlaku oczko wodne w korycie suchego potoku. Zjeżdżam w dół na przełaj. Woda cudowna!!! Wg GPS do W38 jeszcze jakieś 500m. Niech będzie... Jadę dalej, aż docieram do jednego z najpiękniejszych miejsc na szlaku. Urwiste półki skalne, a poniżej zagłębienie w korycie potoku wypełnione wspaniałą wodą! Trudno to opisać, jeśli przez kilka kolejnych dni nie piło się bagnistej cieczy. Do południa jeszcze trochę czasu, ale rozkładam się w cieniu, filtruję wodę, napełniam zbiorniki, sam piję do oporu. Zjadam obiad, płuczę ciuchy i zmywam z siebie warstwę brudu. Czuję, jak organizm wraca do życia. Niesamowite uczucie, coś wspaniałego! W dalszą drogę ruszam równo o 2:00. W drodze do jaskini Wandurba spotykam George'a i Ann- bardzo sympatyczną parę jadącą do Halls Creek. Obiecują wysłać zdjęcia cyfrowe na kilka adresów email i dają mi na drogę... jabłko! Chyba najbardziej surrealistyczny i miły prezent na pustyni. Mówią, że cały szlak huczy o samotnym rowerzyście i że w Kunawarritji już na mnie czekają :) Tradycyjnie wymieniamy informacje o szlaku i ruszamy każdy w swoją stronę. Wkrótce potem docieram do jaskini. Niestety osuwisko zniszczyło malunki naskalne. Jadę dalej. Trasa ciężka- dużo bardzo sypkich i stromych wydm, na które trzeba wciągać obciążony wodą rower. Zmrok zastaje mnie na 44km trasy. Żadna rewelacja, ale to nie wyścig. Gotuję makaron, odpoczywam, zerkam na mapy. Coraz bardziej czuję, że wyprawa ma szanse zakończyć się powodzeniem. Za mną już 820 km, przede mną jakieś 1200. Będzie dobrze!




14.09.2005 Wednesday
trp 66 km
avg 10,57 km/h

 stp 6,14h
max 29,7 km/h
Bardzo bałem się tego dnia. Dla samochodów 4WD to jeden z natrudniejszych odcinków szlaku. Szlak idzie w większości po szczytach wydm, jest bardzo sypki i nierówny. Okazało się jednak, że mój rower radzi sobie z trudnościami lepiej, niż samochody, a niewielkie ilości corrugations i dużych wydm, na które trzeba by podjeżdżać, tylko poprawiają sprawę. Średnia prędkość nie była fenomenalna, ale wrażenia z jazdy wspaniałe! Po kolei docieram do sudni 37 (z grobami), 36 i Bungabinni. Przy tej ostatniej (sadzawka o nazwie studni :) zjadam ostatni posiłek i chociaż zaczynają się paskudne corrugagions [na których zgubię głowicę statywu], to docieram prawie do W35. Z opisu wynika, że studnia jest zalana, co oznacza wilgoć i mnóstwo komarów. Na noc zatrzymuję się 1 km wcześniej, wśród krzewów cudownie pachnących świeżym ciastem! Gdzieś nade mną przelatuje pasażerski samolot. Dziwne uczucie. Do Kunawarritji zostało mi mniej, niż 50 km. Pewnie jutro wieczorem tam dotrę. Kolejnym punktem docelowym będzie już Wiluna. Jeśli nie będzie niespodzianek, powinienem dojechać do niej około 6 października. Sprawdziłem zapasy jedzenia- 35 paczek liliofizatów. Powinno wystarczyć!




15.09.2005 Thursday
trp 69 km
avg 9,79 km/h

 stp 5,38h
max 24,6 km/h
Udało się! Około 15:30 dotarłem do Kunawarritji. Większość trasy pokrywały fatalne corrugations [podobno najgorsze na szlaku] i chwilami myślałem, że już nie dociągnę. DO tego wiatr. Teraz (8:30 w nocy) wieje tak, że przewróciło namiot ze mną w środku. Wszędzie pełno piachu. Sama osada czysta i przyjazna. Wieczór spędziłem w towarzystwie.... Nowozelandczyków, którzy nią administrują. Bardzo fajni ludzie! Dorobiłem sobie z drewna nową głowicę do statywu. Regeneruję siły. Za mną połowa drogi, przede mną co najmniej drugie tyle. Nowe wyzwania i przygody. Duch wysoko, będzie dobrze!




16.09.2005 Friday
trp 54 km
avg 9,4 km/h

 stp 5,39h
max 24,0 km/h
Rano robię ostatnie poprawki głowicy statywu, żegnam się z mieszkańcami Kunawarritji i ok. 6:30 ruszam na trasę. Powrót do skrzyżowania szlaków naprzeciw potężnego lodowatego wichru- tego samego samego, który w nocy szarpał moim namiotem i rujnował osadę. Skęcam w prawo na CSR. Czeka mnie ponad 25 km podobno najgorszych corrugations na szlaku. Większość samochodów kończy ten odcinek z uszkodzonym zawieszeniem lub innymi problemami. Aby wytłumić nieco tępe uderzenia, owijam siodełko złożonym w kostkę śpiworem. Trochę pomaga. Wiatr na szczęście raczej w plecy, ale tak silny, że ciężko utrzymać rower na kursie. Prawie cały dzień jadę w ciepłej wełnianej bluzie i z kapturem pod kapeluszem. Studnia 32- ruina. Corrugations ciąg dalszy. Dopiero jakieś 8 km przed W31 szlak robi się normalniejszy i ciekawy! Na noc zatrzymuję się wcześnie, bo około 5, przy samej W31. Fajne miejsce, dobre do odpoczynku. Przed pójściem spać nacinam wypełnione krwią i ropą obicia, powstałe na tyłku od corrugations. Do rana powinny sie podgoić. W nocy koło namiotu szwędają się wielbłądy.




17.09.2005 Saturday
trp 67,5 km
avg 10,39 km/h

 stp 6,28h
max 25,7 km/h
Poranek super mroźny. Na 100% poniżej zera. Zjadam gorące śniadanie i ruszam. Szlak niesamowity. Mnóstwo granitowych "wysp", a pomiędzy nimi rozwiany na gładko piasek. Żadnych śladów po samochodach, tylko tropy dingo i wielbłądów. Te pierwsze nad ranem przecinają mój szlak tuż przed rowerem i wydają się równie zaskoczone, jak ja. Przez chwilę obserwujemy się nawzajem- psy analizują pewnie, czy jestem jadalny, a ja- ile czasu zajmie wyciągnięcie z sakwy solidnego brazylijskiego noża. W końcu dingo kryją się w zaroślach. Średnia prędkość natychmiast idzie w górę. Wielbłądy zobaczę dopier wieczorem i będę słyszał całą noc. Do południa szlak bardzo techniczny, ale dający mnóstwo frajdy z jazdy. Do 1:00 mam już pona 40km! Po drodze mijam zrujnowaną studnię 30. Wkrótce potem zaczyna się typowe canningowe piekło- corrugations i wydmy. Plany na przyjemny i efektywny dzień biorą w łeb. Pod jedną z wydm znajduję szczątki wielbłąda. Trochę strasznie. Postanawiam dotrzeć do Thring Rock, ale droga wlecze się potwornie, a skały nie widać. Zbliża się piąta. Mam już dosyć, zaraz będzie noc. I nagle, za kolejna wydmą- jest! Ciemnieje w zachodzącym słońcu pośrodku płaskiej jak stół doliny. Kilkaset metrów ode mnie pasie sie małe stado dzikich wielbłąów. Nie wydają się być zaniepokojone, ale trzymają bezpieczny dystans. Wspinam się na skałę, robię zdjęcia. Schodzę i szykuję kolację. Odpoczywam na zewnątrz namiotu dużo rozmyślając. Księżyc w pełni, jest jasno. Ok. czas spać. Wkoło hałasują wielbłądy i dingo. Aha, na liczniku już dobrze ponad 1000 km :-)




18.09.2005 Sunday
trp 63 km
avg 10,33 km/h

 stp 6,05h
max 28,5 km/h
Dzień raczej beznamiętnego przebijania się przez wydmy i corrugations. Ani jedne, ani drugie nie robią już na mnie większego wrażenia, chociaż dalej nieźle dają w kość. Po dojechaniu do W28 nie mam specjalnych planów. Ot, jadę do zachodu słońca. Mimo ciężkich kolein docieram do Hellen Hill, zaledwie kilka km od W27. Znajduję fajne miejsce na namiot, parzę wspaniałą cytrynową herbatę (dzieś bez kolacji), palę stare opakowania po jedzeniu, żeby nie wabić dingo i zaraz kładę się spać. Jest 19:20




19.09.2005 Monday
trp 53 km
avg 10,63 km/h

 stp 5,00h
max 26,4 km/h
Poprzedniej nocy udało mi się wybrać wyjątkowo dobry punkt na nocleg. Całą noc wiatr hulał nad okolicą, a ja byłem bezpieczny wśród skał i gęstych krzewów. Rano kilka fajnych fotek, a potem bez śniadania dowlokłem się do W27. Tam wcinam pół porcji mexican chicken i jadę dalej. Szlak albo bardzo fajny, albo bardzo podły, z wyraźną przewagą drugiego. Ostatnie km do W26 wloką sie niemiłosiernie. Ale warto było! Studnia pięknie odrestaurowana, chyba najlepiej ze wszystich. Używam oryginalnego ciężkiego kołowrota, żeby nabrać wody! Ta jest świetna i filtruję ją tylko "dla formalności". Napełniam wszytskie zbiorniki- prawie 40l. Gotuję cudowny obiad z resztek porannego mexican chicken i garści makaronu. Odpoczywam. Robię zdjęcia jaszczurkom biegającym na dwóch nogach. Płuczę brudne ciuchy, myję twarz. Jest wspaniale. Dla takich chwil warto tłuc się przez pustynię... W trasę ruszam po 3 godzinach, około 4:00. Jadę spokojnie do 5:30 i rozbijam namiot na szczycie wydmy. Wcinam kolację, podziwiam gwiazdy. Powoli wschodzi czerwony księżyc, gdzieś na horyzoncie przez chwilę błyska jakieś światło, cykają świerszcze. Żyję chwilą...




20.09.2005 Tuesday
trp 53 km
avg 9,87 km/h

 stp 5,19h
max 23,6 km/h
Ciężki dzień. Rano robię sporo zdjęć i wyjeżdżam bardzo późno (ok 6:30). Szlak przez większość czasu bardzo uciążliwy. Corrugations a od południa wyjątkowo sypki piach, po którym rower ledwo idzie i samo utrzymanie go w ruchu kosztuje ogromne ilości energii. Od rana kłopoty z metabolizmem i wodą. Piję tony wody, a organizm jakby nie chciał jej przyswajać. Jakbym coś w środku za bardzo obił na wybojach :-/ Mimo to posuwam się do przodu. Ok. 1:30 mam już 35km i docieram do studni 24 (W25 była rano, około 9). Odpoczywam, ale nie jem. Błąd. Godzinę po wyruszeniu dopada mnie straszny kryzys. Ręce się trzęsą, rower nie daje sobie rady na corrugations. Zjeżdżam ze szlaku i szybko gotuję pół porcji liliofizatu. Wraca energia i chęć do życia! Szlak dalej fatalny, ale tym razem są siły do walki. Ok. 4:30 dogania mnie facet w białym 4WD, którego spotkałem przy W26 w jego drodze na północ. Okazało się, że poważnie uszkodził zawieszenie i ma pęknięty zbiornik paliwa. Wrac do szlaku ewakuacyjnego. Ma nadzieję, że dociągnie do W22. Życzymy sobie powodzenia, wymieniamy numery telefonów satelitarnych i ruszamy. Ostatni wieczorny odcinek to niesamowita jazda przez białe wyschnięte solniska. Cudowny zachód słońca! W jego ostatnich promieniach dopadam do W23, obok Capricorn House fuel dump. Plan dnia osiągnięty. Uff... Miejsce na obóz podłe, ale jutro rano wyruszam wcześnie. Do Georgia Bore zostało tylko 20km. A potem już droga do Lake Dissapointment! Do końca szlaku około 700km.




21.09.2005 Wednesday
trp 48 km
avg 10,98 km/h

 stp 4,17h
max 27,1 km/h
Przy Georgia Bore generalny przegląd sprzętu i prowiantu. W rowerze rotuję opony i łatam wszystkie, nawe najmniejsze dziury w detkach, zmywam pył i glinę, reguluję co potrzeba, robię porządek w sakwach. Dużo pracy. W międzyczasie dojeżdża grupa mężczyzn w 4WD, jadących Talawana Track [szlak idący w poprzek CSR, droga "ratunkowa"]. Sądząc po brzuchach, muszą nieźle się odżywiać :) Georgia Bore to fajne miejsce. Wkolo pompy kręci się sporo ptaków i mnóstwo ogromnych os. Wyjeżdżam ok. 2:00 jak na nowym rowerze. Na przyczepce dwa pełne Dromedary i 1 Dromlite, który totalnie destabilizuje zaprzęg. Wrzucam go w końcu na wierzch bagażnika, gdzie zupełnie nie chce zostać. Dopiero wieczorem dzielę wodę symetrycznie między 4 worki. Po drodze docieram do w22- ogromnej dziury z wyłożonym blachą kanałem, którego dna nie widać. Ciekawa... Sam szlak poza fenomenalnym odcinkiem kilku km jest paskudny- totalne corrugations i parę wydm. Mam nadzieję, że nie będzie tak tępo aż do końca. No nic, jutro zobaczymy!




22.09.2005 Thursday
trp 81 km (!!!)
avg 11,49 km/h

 stp 7,00h
max 24,7 km/h
Dzień cudów! Zaczął się bardzo ciężko. Pierwsze 27km do W21 to droga przez mękę. Corrugations dają mi popalić na maxa, a na szlaku poza gromadą wielbłądów nic ciekawego. Prędkość w porywach do 9km/h. Przy W21 zjadam drugi posiłek- śniadanie było tym razem zaraz po wstaniu. Odpoczywam i w drogę. Modlitwy o lepszy szlak zostają wysłuchane- szlak robi się trudniejszy dla samochodów, co zawsze oznacza mniej corrugations, a do tego znacznie ciekawszy. Przejeżdżam kolejne claypans i dna solnych jezior. Zbieram wspaniałą sól do posiłków. Wkrótce potem dogania mnie konwój 4WD w drodze do Wiluny. Czuję się jak jakieś pustynne zwierzę otoczone ludźmi z aparatami i kamerami. W końcu jadą dalej, zatrzymując się niedaleko "na popas". Proszę ich o fotkę W20, na wypadek, gdyby nie udało mi się do niej dotrzeć, ale mówią, że za daleko od szlaku... Z zazdrością spoglądam na wyciągane z lodówek chleby, placki i wędliny. Kurde, czas jechać! Z konwojem mijam się po raz drugi jakieś 10km dalej, kiedy zjeżdżam ze szlaku zeksplorować jakieś ruiny. Wkrótce potem docieram do Lake Dissapointment. widok niesamowity! Biała tafla ciągnie się aż po horyzont, kontrastując z potężnymi burzowymi chmurami, z których... najwyraźniej pada! Zjeżdżam na białe jak śnieg dno jeziora, robię zdjęcia, chłonę moment... Wreszcie ruszam w drogę- wiatr robi się coraz silniejszy i gna po niebie ciężkie chmury. Na twarz spadają mi pojedyncze krople deszczu, powietrze robi się świeże i wilgotne. Za którąś wydmą znajduję schronienie, wstawiam wodę na posiłek i czekam. Na obiad przepyszne curry. Burza mija mnie dosłownie o kilkaset metrów! Odpoczywam i ruszam dalej. Jest 16:00. Około 16:45 docieram do drogi prowadzącej do W20- studni leżącej aż 10km od szlaku! Od początku wyprawy rozważałem, czy warto nadkładać aż tyle drogi, żeby zobaczyć dziurę w ziemi i resztki konstrukcji. Na liczniku już 60km, do zmroku jakaś godzina. Podejmuję decyzję: skoro Bóg pozwolił mi jechać tak dobrze, skoro puścił burzę bokiem i uciszył wiatr, to widać chce mi dać szansę! Kilkaset metrów za rozwidleniem odczepiam przyczepkę i sakwy. Jedną przednią zaczepiam z tyłu, ładując do środka aparat, telefon, GPS, nóż, pompkę i latarkę. Ruszam! Jadę, a właściwie gnam jak na skrzydłach. Szlak techniczny, widać, że prawie nieużywany. Pozbawiona ładunku Pugsley wydaje się nie do zatrzymania! Na pełnym przeszkód szlaku prędkość między 17 a 25 km/h! Nie patrzę na dystans, tylko na zegarek. W tym tempie będzie 30 minut w jedną stronę. Jadę wśród drzew i przez wyschnięte solniska. Ok. 17:20 dopadam do ruin studni. Chyba najbardziej zapuszczona na szlaku, ale radość jest wielka. Oglądam, robię zdjęcia. 17:35- ruszam z powrotem. O dziwo prędkość dalej w normie! Energia z kosmosu? 18:05- docieram do sakw i przyczepki. Hurra!! Od niechcenia rzucam okiem na licznik- wiem, że jest ponad 80 :-] Szybko rozbijam namiot. Chwilę potem okolicę ogarniają całkowite ciemności! Ufff... to się nazywa timing. Na kolacje parzę herbatę, jeszcze trochę nawigacyjnej roboty, lektura Biblii i spać. Co za dzień...




23.09.2005 Friday
trp 71 km
avg 11,6 km/h

 stp 6,00h
max 27,6 km/h
Dzień bardzo udanej jazdy. Po wczorajszym deszczu szlak jakby wyrównany, chociaż od południa bardzo sypki. Bardzo mało corrugations (!), za to sporo claypans i mnóstwo małych piaskowych wzgórz, pod które zazwyczaj dawało się podjechać. Pod koniec dnia spotykam kolesia na motocyklu i zmotywowany jego obecnością dociągam do W18 (frog well) tuż przed zmrokiem! Rozpalamy ognisko, trochę rozmawiamy, a potem każdy wraca do swoich zajęć. Facet przejechał dwa razy Saharę, ale mówi, że CSR jest dużo trudniejszy. Mimo to dziennie robi tyle km, ile ja przez 5 dni :) Mimo wszystko zostaję przy mojej Pugsley! Łatam dziurę w przedniej dętce i idę spać, bo późno- już 9.