Szlak CSR
Moja Misja
Ekwipunek
Sponsorzy
Media
Fotografie
Podsumowania
Linki
Ksiega Gosci
Kontakt
Witam na stronie ekspedycji szlakiem Canning Stock Route!

Pod koniec sierpnia 2005 roku podj±łem próbę przejechania rowerem
najdłuższego szlaku na Kuli Ziemskiej, bez wsparcia z zewn±trz. Szlak ów
wiedzie przez najbardziej odludne obszary Australii Zachodniej, przecina trzy
pustynie i wspina się na setki piaszczystych wzgórz.   Pokonanie licz±cej 2105
kilometrów trasy zajęło 33 dni.   Szczegóły wyprawy znajdziesz na tej stronie!      

Szukaj swojej Przygody! A gdy już znajdziesz, zmierz się z ni± wszystkim co masz, z cał± swoj± moc±, do¶wiadczeniem i pasj±!
Sir Edmund Hillary

9.12.2006
Wyprawa otrzymała nagrodę National Geographic Traveler w kategorii Wyczyn Roku. Podziękowania dla Kapituły :-)
Szczegóły na stronie National Geographic.

3.04.2006
W dniach 21-23 kwietnia odbędzie się w Krakowie festiwal podróżników "3 ŻYWIOŁY". Wśród wielu atrakcji i fascynujących pokazów, pojawi się moja opowieść z Canning Stock Route. Szczegóły na www.3zywioly.onet.pl. Serdecznie zapraszam!

18.03.2006
Miło mi podzielić się wieścią, że wyprawa została uhonorowana prestiżową nagrodą "Kolosy" w kategorii Wyczyn Roku 2005 :-) Szczegóły na oficjalnej stronie imprezy.

3.11.2005
Minęły 3 tygodnie od czasu mojego powrotu z Australii. W tym czasie zdążyłem zmienić mieszkanie, obudzić uśpioną na czas wyprawy firmę, wypełnić zobowiązania sponsorskie i załatwić mnóstwo innych nie cierpiących zwłoki spraw. Tak więc, niecierpliwcy, nie obijam się i każdą wolną chwilę poświęcam na podsumowywanie ekspedycji. Dodałem właśnie nowy dział "Podsumowania" i zachęcam do jego częstych odwiedzin...

15.10.2005
Mam nadzieję, że zdjęcia dodane do galerii choć w części oddają klimat ekspedycji! Praca i inne obowiązki pozostawiają na razie niewiele czasu na aktualizację strony, ale lada dzień dorzucę zapiski z dziennika pokładowego i szczegółowe statystyki wyprawy. Poskładałem rower i wybrałem się na ulubiony szlak w buszu, poprawiając czas przejazdu o 10 minut i dziwiąc się, że przed wyjazdem uznawałem tę traskę za trudną tongue

13.10.2005
Fotografie z wyprawy sa juz dostepne w galerii- milego ogladania! smile Podpisy do zdjec pojawia sie w ciagu 24h...

9.10.2005
Pisze wlasnie z Osrodka Polonijnego w Perth. Pod troskliwa opieka Rodakow (i na wspanialym polskim jedzeniu) szybko wracam do sil. Juz jutro wylatuje w droge powrotna do Auckland w Nowej Zelandii. Zaraz po dotarciu na miejsce na stronie pojawia sie obiecane zdjecia i stopniowo kolejne aktualizacje.

6.10.2005
Ufff... Wreszcie moge cos sam napisac! Siedze wlasnie na farmie Adama Murchy na przedmiesciach Perth. Dookola zielona trawa, na drzewach pomarancze, wszedzie spiew ptakow... Na komputerze kopiuja sie zdjecia, na kolanach miska pelna pysznych platkow owsianych, a w glowie nadal wydmy, skaliste plaskowyze, dingo i wielblady. Nie wiem, czy kiedykolwiek bede w stanie do konca ogarnac to, co dane mi bylo przezyc. Juz wkrotce wrzuce na strone pierwsze zdjecia i uzupelnie lakoniczne relacje. Na razie chcialbym tylko z glebi serca podziekowac wszystkim, bez ktorych ta wyprawa nie mialaby nawet szans sie rozpoczac!

Dziekuje chlopakom z Surly za entuzjazm i rower, ktoremu moglem powierzyc swoje zycie. Dziekuje Zbyszkowi z Extrawheel za najgenialniejsza przyczepke, jaka widzial swiat. Dziekuje Sebastianowi i Beacie z Crosso za doskonale sakwy i nieprzecietne zaangazowanie w organizacje ekspedycji. Dziekuje wszystkim innym Sponsorom za zaufanie i najwyzszej klasy ekwipunek. Dziekuje Rodzicom i Przyjaciolom za wiare, za modlitwe i ogromne wsparcie. Dziekuje wszystkim tym, ktorych teraz wymienic nie jestem w stanie, a ktorzy sluzyli mi nieoceniona pomoca. Dziekuje Bogu- za wszystko...

5.10.2005
Kuba w wyniku cudownego zbiegu okoliczności dotarl do Perth i dzis wieczorem bedzie mogl juz korzystac z internetu, wiec szczegoly relacji poda sam. Bogu dzieki, ze nie znalam wszystkich szczegolow wyprawy, bo pewnie serce by mi peklo, gdybym wiedziala, ze jego pozywieniem sa np. samodzielnie upolowane jaszczurki...Pozdrawiam wszystkich kibicujących naszemu wspanialemu synowi i raz jeszce dziekuje za dobre mysli i modlitwy. Jestem przekonana, ze bez nich wyprawa bylaby o wiele trudniejsza, jesli w ogole bylaby możliwa. mama Kuby smile

3.10.2005
3 pazdziernika 2005 r. Dzis ok. godz.12.00 (w Polsce byla w tym czasie 6 rano), po 33 dniach morderczej jazdy, dotarlem do Wiluny, która była celem mojej wyprawy. JESTEM SZCZESLIWY!!! Wczoraj, kiedy skonczył sie kamienisty szlak i zaczela zwykla droga zrobilo mi sie dziwnie smutno, ale o emocjach opowiem po powrocie. Jestem innym człowiekiem, niż przed wyprawa. Nic nie jest w stanie mnie wkurzyc ani przygnebic. Inaczej patrze na swiat.
Prawdopodobnie 7.10. pojade do Perth, bo wtedy jedzie tam furgonetka pocztowa (to jednak kawal drogi!). Na razie bede wiec odpoczywal. Kupilem mnostwo pysznego jedzenia i dzis bede sie oddawal rozkoszom podniebienia. Nie wiecie pewnie, jak cudownie smakuje chleb… W czasie wyprawy schudłem 18 kg i waze zaledwie 56 kilo, a to troche za malo, jak na dorosłego faceta o przecietnym wzroscie. Nie polecam jednak takiej wyprawy, jako diety odchudzającej; w polowie trasy nie wiadomo, czy lepiej jest wracac, czy jechac dalej.
Bylo FANTASTYCZNIE!
Wielkie dzieki za wszelka pomoc, za modlitwy i duchowe wsparcie. Był to bezcenny kapital! Wkrotce bede w Nowej Zelandii i napisze wiecej, bo do tej pory mama, ktora weszla w role mojej sekretarki, spisywala telefoniczne relacje i wrzucala je na strone. Wielkie dzieki! Pozdrawiam wszystkich najserdeczniej jak potrafie!
smile smile smile

3.10.2005
Dzis o godz. 6 czasu polskiego (u niego była 12 w południe) KUBA DOJECHAL DO WILUNY!!! Jest szczesliwy! Wiecej szczegołow wieczorem. smile smile smile

29.09.2005
29 wrzesnia. W Polsce trwa w najlepsze noc, a u mnie jest poczatek kolejnego dnia. Do pokonania zostalo jeszcze 291 km, niby niewiele... Jestem przy studni 9 (nareszcie pojedyncze cyfry!) i mam nadzieje, ze do wieczora dojade do studni 6 (ok. 70 km). Trasa jest troche lepsza, rower nie jest obciazony z przodu, bo nie musze już brac duzych zapasow wody. Studnie sa zdecydowanie wieksze i czesciej rozmieszczone. Zapas jedzenia jaki posiadam to tylko 8 porcji, wiec tez wazy niewiele. Jest w tym pewien szkopul, bo noce sa bardzo mrozne, zatem zapotrzebowanie kaloryczne wzrasta, a przede mna ok. 5 dni jazdy. Jesli bede bardzo glodny, to ostatecznie wydoje jakas krowe (poprzedniej nocy jedna taka podeszla pod moj namiot). Sa już tutaj pierwsze gospodarstwa rolne, jednak ich powierzchnia jest tak ogromna (mniej wiecej jak woj. mazowieckie), ze nie spodziewam sie spotkac ludzi. Jedzie mi sie coraz lepiej, np. wczoraj przejechalem 70 km. W porownaniu z etapami, kiedy jechalem doslownie 5 km/godz., to tempo jest rewelacyjne. Jesli nie strzeli mi cos w rowerze, albo zdrowie nie odmowi posluszenstwa, 4 pazdziernika powinienem być w Wilunie. Trzymajcie kciuki! smile

27.09.2005
Jest 27 wrzesnia. W Polsce jest teraz samo poludnie, a u mnie kres potwornie trudnego dnia. Rozpetalo sie istne pieklo. Na szczescie dotarlem do studni 12. Dzisiejszy odcinek był morderczy, poniewaz od rana wial bardzo silny czolowy wiatr, który z predkoscia 80 km na godzine niosl miliardy ostrych jak szklo drobinek piasku. Ku mojej radosci pod wieczor nieco ucichl, wiec moze jutro bedzie spokojniej. Około 30 km stad jest studnia 11 i od niej zaczyna sie juz szlak kamienisty. Mam nadzieje, ze bedzie choc troche latwiej. Przede mna jeszcze ok. 360 km, czyli 7 dni drogi. Oby sie udalo! Do nastepnego spotkania!
tongue

24.09.2005
24 wrzesnia. Jest godz. 16.00 (w Polsce 10.00) i moj dzien powoli dobiega konca, chce tez cos miec dla ducha. Dojechalem do studni 17. Miejsce nazywane Killagurra Springs & Gorge jest przecudne! Sa tu autentyczne dawne malunki Aborygenow – fantastyczne. Zobaczylem takze dzikie pszczoly, ale przeciez wcale nie musza mnie dopasc, prawda? Nadal jedzie mi sie dobrze, a czasem nawet bardzo dobrze. Przede mna podobno skalisty odcinek szlaku, ale piach dal mi tak popalic, ze zadne skaly nie sa mi straszne. Do Wiluny zostalo jeszcze tylko 450 km, wiec powinienem zdazyc na samolot do Auckland (w czwartek zrobilem np. 80 km). Burza, o ktorej pisalem ostatnio przeszla dzieki Bogu bokiem. Inny cud natury to studnia 20. Polozona jest wprawdzie 10 km na zachod od szlaku, ale warto było nadlozyc drogi, bo widoki były niesamowite. Codziennie spotykam mnostwo zwierzat. Na szczescie tym roznia sie od ludzi, ze bez powodu nie atakuja, wiec moge do woli cieszyc oczy ich uroda i roznorodnoscia. Szczegoly przekaze po powrocie do Nowej Zelandii. Dziekuje za slowa otuchy i wsparcie duchowe. Pozdrawiam serdecznie!

22.09.2005
22. wrzesnia godz. 15.00 (u was 9 rano). Mialem nie dzwonic, ale to co sie tutaj dzieje jest niesamowite! Wokol mnie szaleje potezny front burzowy. Wrazenia sa nieprawdopodobne! Ogromne jezioro Disdppointm wyglada jakby pokryl je snieg, jest zupelnie biale. Jakies 2 km przede mna z nieba spada sciana wody, ale wyglada na to, ze przejdzie bokiem i mnie nie zmoczy. Wokol klebia sie chmury burzowe. Inny swiat! Jedzie mi sie nadzwyczaj dobrze. Dzis przejechalem juz 60 km, a jeszcze mam w zapasie ok. 2 godz.. Mijam duzo malych, slonych jezior. Boze, jaki swiat jest piekny! Mam nadzieje, ze zdjecia choc troche to pokaza. Licze na wasze wsparcie. Pozdrawiam.

21.09.2005
21.wrzesnia i jak zwykle u was ranek, a u mnie poludnie. Jestem przy Georgia Bore. Noc powinienem spedzic przy 21 studni. Dzis wiele godzin poswiecilem na naprawianie roweru. Spisuje sie wprawdzie znakomicie, ale jakby nie było przejechal z duzym obciazeniem 1300 km, czyli sporo nawet na normalne warunki. Tylna opona zuzywa sie znacznie szybciej, wiec przelozylem ja na przyczepke. Tam jest zdecydowanie mniej obciazona. Ale te drobne usterki to nic w porownaniu z samochodami z urwanaymi polosiami, czy zbiornikami paliwa ( a takie spotykam również). Dzis w nocy przezylem straszna wichure, ktora wyrwala wszystkie mocowania namiotu. Przez chwile czulem sie jak w zamknietym worku. Na szczescie udalo sie wszystko zakotwic powtornie uzywajac pelnych (Bogu dzieki!) sakw z woda. Okazuje sie, ze woda jest znakomita nie tylko do picia! Nastepna studnia za 140 km, czyli ok. 3 dni jazdy. Zapas jedzenia powinien wystarczyc mi jeszcze na 15 dni, a do Wiluny mam ok. 700 km (mniej wiecej 14 dni jazdy). Dzis w lustrze jeziora zobaczylem swoje odbicie. Zupelnie sie nie poznaje, schudlem niesamowicie, za to miesnie sa jak ze stali. To zapewne wplyw klimatu i trybu zycia ostatnich 3 tygodni. Oby tylko panie nie wpadly na pomysl, ze taka wyprawa, to swietna kuracja odchudzajaca i nie zechcialy mnie nasladowac. Wczoraj spotkalem grupe ludzi jadacych samochodami z Wiluny. Skrecili na boczny szlak (ratunkowy). Dowiedzialem sie od nich, ze droga, która mnie czeka jest calkiem przyzwoita, tzn. dosc plaska, choc ze skalami. Teraz bede dzwonil nieco rzadziej, zeby oszczedzac baterie w telefonie. Wszystko sie kiedys wyczerpuje. Do nastepnego spotkania. Pozdrawiam serdecznie!

18.09.2005
Jest 18 wrzesnia, godz. 7.40, a u mnie dochodzi 14.00.Stan licznika 1120 km. Minalem 28. studnie, w ktorej niestety nie było wody (liczylem się z tym). Wiem jednak z cala pewnoscia, ze za 60 km jest pelna wody studnia 26. (Po drodze przenocuje przy studni 27.) Jade na poludnie, co tutaj oznacza coraz nizsza temperature, wiec nie potrzebuje tyle plynow, co przed kilkunastu dniami, a zapas jaki mam jeszcze w sakwach to ok. 10 litrow. Nie jest zle! W razie czego zostaje jeszcze w odwodzie Jezioro Rozczarowan (optymistyczna nazwa, nieprawdaz?!). Z mapy wynika, ze jest to potezne jezioro, bogate w rozlewiska i polozone nieopodal studni 24. Nareszcie mozna sie bedzie porzadnie wykapac! Dobiega konca najdluzszy, bo 200 - kilometrowy odcinek bez czynnych studni i wyglada na to, ze sobie z nim poradzilem. Miejscami trasa jest morderczo trudna. Zmienilem tez sposob odzywiania. Jest dosc chlodno, a noce sa bardzo zimne, wiec jem 3 razy dziennie. Mam zapas jedzenia na 3 dni ponad norme, nie powinno mi go zatem zabraknac. Wczoraj po raz pierwszy widzialem wielblady. Sa potezne! W nocy podeszly blisko namiotu. Podobnie jak psy dingo obserwuja mnie jednak z daleka – rzadko pewnie zdarza im sie widziec takie cos na rowerze. Dowiedzialem się, ze niebezpieczne moga byc pojedyncze wielblady, a nie ich stado. Ano zobaczymy! Widzialem tez kilka jadowitych pajakow, a poniewaz je zobaczylem nie były dla mnie niebezpieczne. Mieszkancy Kunawarritji twierdzili generalnie, ze osoby, ktore zginely na „drodze smierci” w ciagu ostatnich lat, zaplacily najwyzsza cene nie za spotkanie ze zwierzetami, tylko za brak wody. Jest to dla mnie o tyle istotna informacja, ze jestem chyba ostatnim czlowiekiem na odcinku Kunawarritji – Wiluna. A zatem przede mna 700 km sam na sam ze soba. Mysle, ze dam rade. Polecam się Waszym dobrym myslom i modlitwom. Zadzwonie znad Jeziora Rozczarown. Mam nadzieje, ze nie bede rozczarowany.

15. 09. 2005
15. 09. 2005r., godz.23.30. Podczas gdy w Polsce ludzie spokojnie ida spac, u mnie jest 6 rano i wlasnie wyruszam na kolejny etap mojej zyciowej przygody. Wczoraj poznym popoludniem licznik wskazal 980 km, dotarlem do Kunawarritji. Jest to najbardziej odizolowana osada aborygenska w Australii. Mieszka w niej ok. 30 osob, a wszystkim kieruje nowozelandzkie malzenstwo. Mieszkancy tej enklawy cywilizacyjnej pracuja w centrum medycznym i przy utrzymaniu pasa startowego. Z pewnoscia zajmuja sie jeszcze wieloma innymi czynnosciami, ale mialem za malo czasu, zeby blizej sie temu przyjzec. Udalo mi sie zajzec do internetu (bardzo dziekuje za wsparcie i wszystkie wpisy), niestety nie zdazylem zadzwonic, poniewaz w nocy zerwala sie potworna wichura i uszkodzila nadajniki. Spiac w namiocie miałem wrazenie, ze za chwile polece razem z nim w przestworza. Na szczescie nad ranem było już troche spokojniej, wial dosc silny, ale boczny wiatr, wiec wdzieczny za goscine mieszkancom Kunawarritji mogę ruszac dalej. Wszystko idzie znakomicie i mam nadzieje, ze okolo 5,6 pazdziernika dotre do Wiluny. Do nastepnego spotkania. Serdecznie pozdrawiam.

14.09.2005
14. wrzesnia, godz.7.00 czasu polskiego. Dotarlem do 36 studni. Jest znakomicie, wody i jedzenia ile trzeba, a temperatura powietrza w dzien jest coraz nizsza (ostatecznie jestem coraz blizej bieguna!), wiec moge jechac z krotszymi poludniowymi przerwami. Jutro wieczorem powinienem dotrzec do aborygenskiej osady Kunawarritji. Podobno juz wiedza tam o mojej wyprawie i czekaja. Odrobina cywilizacji pozwoli byc moze na dluzsza rozmowe z telefonu stacjonarnego. Rower idzie bez zarzutu, musialem jednak zmienic detke, bo w wysokiej temperaturze odkleila sie nawet latka. Na szczescie ja jestem w jednym kawałku i sie nie „rozwarstwiam”. Na szlaku spotykam czasami ludzi przemierzajacych go samochodami. To swietne chwile, obecnosc drugiego czlowieka zawsze dobrze mi robila.
Pozdrawiam wszystkich goraco!

11.09.2205
Jest 11 wrzesnia. Około 5.30 czasu polskiego dotarlem do 42 studni (dla przypomnienia – przemierzam szlak od konca do poczatku, w ten sposob lepiej rozkladam sily). Niestety mapa nieco ucierpiala w wyniku ciaglego jej ogladania i kierunek dalszej podrozy byl niezbyt czytelny. Na szczescie przed wyjazdem wyslalem do Polski jej kopie, wiec przez telefon satelitarny moglem bez trudu ustalic wspolrzedne nastepnej, 41. studni. Usytuowana jest ok. 1km od glownego szlaku, jednak w niczym nie przpominala studni! Bylo to rozlewisko wypelnione skazona woda. Na szczescie filtr wody i z tym sobie poradzil. Przefiltrowalem 20 litrow – na razie powinno wystarczyc. Generalnie nie mam zadnych problemow z woda i jedzeniem – wszystko jest OK.
Najgorzej wyglada szlak – jest bardzo zniszczony. Wczoraj spotkalem polska wyprawe samochodowa prowadzona przez Adama Murche – ich samochody chyba bardziej ucierpialy niz moj rower. Jedyne awarie, jakie mi sie dotychczas przytrafialy, to malenkie dziurki w detkach, na szczescie sa tak male, ze wystarczy dopompowac kolo i można jechac pol dnia – nie jest zle! Dzis wieczorem powinienem miec za soba ok. 730 km. Coraz blizej do polmetka. To dobrze, bo czasami jedzie mi sie bardzo ciezko. Serdecznie pozdrawiam wszystkich, ktorzy mi kibicuja, zwlaszcza zone, najblizsza rodzine i przyjaciol. Do nastepnego spotkania.

8.09.2005
8 wrzesnia, poludnie. Jestem miedzy 46. a 45 studnia. Dotarlem do gor wydmowych, przez ktore biegnie szlak nachylony pod nieprawdopodobnie duzym katem. Sam nie wiem, jak udaje mi sie na te wzniesienia wjechac, ale rower, ani nogi nie buntuja się. Mam za soba 550 km, przede mna wiec ok.1450. Wieczorem powinienem dotrzec do studni nr 45, a za 5-6 dni do aborygenskiej osady Kunawarritji na obrzezach Pustyni Gibsona. Wypijam dziennie ok. 8-10 litrow wody, ktorej mam na szczescie pod dostatkiem. To bardzo wazne, zeby sie nie odwodnic. Spotkalem 2 facetow przemierzajacych szlak samochodem. Raz im się przytrafilo zapomniec o gospodarce wodnej organizmu i ledwie dojechali do najblizszej studni.
Noce sa wspaniale (Kuba wypowiedzial te slowa z wielka radoscia). Wokoł pelno ptakow, ktore gniezdza się w tej okolicy z powodu bliskosci jeziora. Rozkrecam się i z kazdym dniem jedzie mi sie coraz lepiej, choc w poludnie musze się chronic przed sloncem i temperatura (40 st.Celsjusza). Namiot sprawdza sie idealnie jako „zacieniacz”. Przezylem tez pierwsza przygode – zgubilem aparat fotograficzny. Na szczescie dzieki GPS-owi, wlasciwej orientacji w terenie i Waszym dobrym myslom znalazlem go cofajac się ok. 2 km.
smile

5.09.2005
Jest 5 wrzesnia godz. 6 rano (u mnie samo poludnie). Dotarłem do 49. studni ( w studni na szczescie jest woda) i pokonalem 377 km. Jestem w bardzo dobrej kondycji, choc trasa miejscami jest mordercza. Rower przejezdza przez wszystko i nie oczekuje, zeby go pchac. Byloby to trudne, bo nogi zapadaja sie w piach bardzo gleboko. Wczoraj spotkalem na szlaku aborygena, ktory samochodem terenowym wracal z polowania. Dowiedziawszy sie, ze jade do Willuny, poczestowal mnie ogromnym kawalkiem miesa z kangura. Upieczone w ognisku smakowalo wysmienicie.
(Dzis, tj. 7.09., dowiedzialam sie z przekazu przyjaciela Kuby, ze dotarl do studni nr 46. Oby tak dalej.)
smile

5.09.2005
Drodzy Przyjaciele Kuby. Bardzo Was przepraszam za niedoskonalosc relacji. Pisze je po kazdej rozmowie z synem, ale nie zawsze moge to uczynic niezwlocznie – stad opoznienia. Rowniez informacje moga byc czasami niezbyt dokladne (dotyczy terminologii), gdyz nie zawsze mam mozliwosc nagrania rozmowy i jej wiernego odtworzenia. Najczesciej korzystam z notatek, a niektore nazwy slysze po raz pierwszy. Jestem przekonana, ze nie bedziecie miec mi tego za zle, a Kuba po powrocie wszystko wyprostuje.

5.09.2005
Jest 5 wrzesnia godz. 6 rano (u mnie samo poludnie). Dotarłem do 49. studni ( w studni na szczescie jest woda) i pokonalem 377 km. Jestem w bardzo dobrej kondycji, choc trasa miejscami jest mordercza. Rower przejezdza przez wszystko i nie oczekuje, zeby go pchac. Byloby to trudne, bo nogi zapadaja sie w piach bardzo gleboko. Wczoraj spotkalem na szlaku aborygena, ktory samochodem terenowym wracal z polowania. Dowiedziawszy sie, ze jade do Willuny, poczestowal mnie ogromnym kawalkiem miesa z kangura. Upieczone w ognisku smakowalo wysmienicie.
(Dzis, tj. 7.09., dowiedzialam sie z przekazu przyjaciela Kuby, ze dotarl do studni nr 46. Oby tak dalej.)


4.09.2004
Sobota, 3 wrzesnia 2005r., g.9.00 polskiego czasu (roznica czasu +6 godz.)
Jestem w tej chwili około 60 km za Billiluna. Jest to aborygeńska osada połozona ok. 170 km od Halls Creek (początek mojej trasy). Na wlasciwym szlaku przez pustynie jestem od dwoch dni. Rower sprawuje sie swietnie, choc szlak jest miejscami strasznie ciezki, ale rower, jak sie juz go rozbuja, idzie przez wszystko, srednio jakies 10-12 km na godzinę. Pije mnostwo wody, mniej wiecej 7 litrow dziennie. Spokojnie moge tyle brac, wiec nie ma problemu. Z jedzeniem tez. Kolejna studnia powinna nie byc sucha. Spotkałem dzisiaj grupe ludzi w samochodach 4x4, ktorzy mowia, ze tam jest woda i ogolnie szlak jest całkiem przejezdny, wiec powinno być dobrze. Ogolnie wszystko w porzadku. Noce niesamowite: w pierwsza balem sie strasznie, wokol namiotu ciagle cos chodziło, szurało…ale uswiadomilem sobie, ze nie bardzo jest sie czego bac, namiot jest szczelny, wiec do srodka nic nie wlezie i dalej spalem już spokojnie. Teraz, w druga, jest już spoko – cisza, tylko swierszcze cykaja. Jest niesamowite niebo. Wschod slonca trwa jakieś 20 minut, zachod slonca tez cos około tego, a potem robi sie totalnie ciemno. Wyjezdzam około 5 rano i jade do godz. 11, potem przerwa do ok. 13.30 i jade do 17.30, kiedy jest zachód słońca. Około 18 już spie. Troche ludzi jest na szlaku, wiec ryzyko jest minimalne. Ogolnie organizm sie tutaj bardzo przestawia - jem tylko wieczorami, przed pojsciem spac, a w ciagu dnia nie jem nic. I tak działa najlepiej. Dzisiaj w poludnie zjadlem maly posilek i mialem taki kryzys energetyczny, ze ledwie zaczalem jechac. Ogolnie organizm jest nastawiony na zupelnie inny tryb. To jest niesamowite, co sie tutaj dzieje. Trudno to opisac słowami.
Za tydzien kolejna relacja, chyba, ze wczesniej Kuba przysle jakiegos SMS-a. Lacznosc satelitarna znakomita! Oby tak dalej!

27.08.2005
Wielomiesięczne przygotowania zbiegają się do jednego punktu. Za mniej niż 8 godzin będę leciał nad Morzem Tasmana na spotkanie z przygodą. Kolejna relacja już z pustyni...

26.08.2005
Przygotowania zakończone i wciąż jeden dzień do wyjazdu :) Jutro rano czeka mnie pakowanie roweru do specjalnej torby, w której ma on szansę dotrzeć do Australii w jednym kawałku. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wspierają mnie organizacyjnie i duchowo. Wierzę, że damy radę!

22.08.2005
Dotarła ostatnia paczka z czę¶ciami! Rower złożony w 100%, bagażniki zainstalowane, sakwy sprawdzone. Zostało już tylko przygotowanie przyczepki- jutrzejszy dzień upłynie w blasku spawarki i snopach iskier szlifierki k±towej :)

19.08.2005
Testy sprzętu na wydmach w okolicy Whatipu zakończone pełnym sukcesem. Zgodnie z przewidywaniami Pugsley radzi sobie z kopnym piaskiem lepiej, niż jakikolwiek znany mi rower. W ¶rodę ostatnie testy z pełnym obci±żeniem i przyczepk±...

18.08.2005
Rower gotowy! Mocniejszy, żywszy i lżejszy, niż ktokolwiek przypuszczał! Pierwsze zdjęcia (jeszcze bez bagażników) do obejrzenia w sekcji Fotografie.

10.08.2005
Data wyjazdu: 28 sierpnia 8:45am z Auckland do Brisbane, potem 9:10pm do Darwin, potem jako¶ to Halls Creek i na pustynię...

4.08.2005
Sieć IDEA zaoferowała wyposażenie wyprawy w telefon satelitarny, dzięki czemu możliwe będzie przekazywanie pozycji GPS, a także krótkich raportów ze szlaku. Telefon pozwoli też na wezwanie pomocy, gdyby zaszła taka potrzeba.

30.07.2005
Ruszamy z polsk± wersj± strony! Tłumaczenie odbywa się wieczorami, kiedy nie mam już sił na nic innego, proszę więc o wyrozumiało¶ć i cierpliwo¶ć. W ci±gu najbliższych dni wszystkie działy powinny być już dostępne w dwóch językach...

29.07.2005
Do projektu oficjalnie doł±czyło kilku nowych sponsorów, m.in. MSR i Icebreaker. Dzięki ich wsparciu mój ekwipunek będzie ważył mniej, niż kiedykolwiek s±dziłem! Szczegóły już wkrótce...

25.07.2005
Pierwsza notatka na stronie, miesi±c do wyjazdu. Chłopaki z Surly nad obręczami ze specjalnym offsetem. Także przyczepka ExtraWheel musi być przeprojektowana do współpracy z potężnymi oponami Endomorph 3.7" Duże podziękowania dla Sponsorów, którzy już dostarczyli swoje elementy sprzętowej układanki! Mój pustynny rumak powinien być gotowy w pierwszej połowie sierpnia, pozostawiaj±c nieco podad tydzień na ostatnie testy. Keep your fingers crossed for all the people involved in the project!

23.07.2005
Ok. czas odsłonić karty... Strona jest w nieustannej przebudowie, więc miej oko na nowe informacje!